Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samochód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samochód. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 kwietnia 2014

Promise, Rozdział 7

 Po raz kolejny upadłam na ziemię boleśnie raniąc sobie kolana. Usłyszałam tuż nad sobą głośny, mrożący krew w żyłach śmiech, ale kiedy podniosłam głowę żeby zlokalizować jego źródło, nikogo nie dostrzegłam. Świat spowijała mgła, wyciągając w moją stronę swoje długie, zimne palce, zupełnie jakby próbowała mnie w nie schwytać.
U moich stóp wiła się długa ścieżka, otoczona leśną gęstwiną, nad którą rozciągało się bezgwiezdne niebo w kolorze tak głębokiej czerni, że przez chwilę myślałam że jego ciemność zaraz mnie pochłonie. Upiorny chichot powrócił, dzwoniąc mi w uszach i przyprawiając o drżenie, zakamarki ciała i duszy których istnienia nawet nie podejrzewałam. Głos zdawał się należeć do kobiety. Nie miałam zbyt wiele czasu aby utwierdzić się w tym przekonaniu, bo śmiech nagle ucichł, pozostawiając po sobie jedynie echo pobrzmiewające gdzieś w oddali.
Wytarłszy poranione dłonie w materiał spodni, podniosłam się z ziemi, z zamiarem ponowienia mojego szaleńczego biegu, jednak kilka metrów dalej zahaczyłam o wystający z ziemi korzeń i ponownie wylądowałam na kamienistej ścieżce. Stwardniałe korzenie wyrosły spod ziemi i oplotły szczelnie moje nogi tak że nie mogłam wstać ani nimi poruszyć. Zaczęłam panikować i poczułam jak zaczyna brakować mi świeżego powietrza. Zaczęłam krzyczeć ale ku mojemu przerażeniu z mojej krtani nie wydobył się żaden, choćby najcichszy dźwięk.
Nagle coś poruszyło się w zaroślach, jednocześnie przykuwając moją uwagę. Wyczekująco spoglądałam w tamtą stronę spodziewając się najgorszego. Zamarłam kiedy z zarośli wyłoniła się czyjaś wysoka sylwetka i zaczęła powoli się do mnie zbliżać. Gdy dzieliło nas kilka metrów rozpoznałam w niej Kevina. Kiedy go zobaczyłam kamień spadł mi z serca. Jednak gdy tylko uważniej mu się przyjrzałam, ogarnął mnie nie dający się stłumić niepokój. Lub jak kto woli – strach.
Jego ręce aż po łokcie skąpane były we krwi, a oczy zaszły szarawą mgłą szaleństwa, przywodzącą na myśl oczy ślepca. Nie wyrażały żadnych emocji, straciły swój blask i żywy orzechowy odcień, zupełnie jakby były... martwe.
W jednej chwili zwątpiłam w jego dobre zamiary i ogarnęło mnie przerażenie. Zaczęłam szarpać skamieniałe korzenie, łudząc się że zdołam uwolnić skrępowane kończyny. Kevin z obojętnym wyrazem twarzy wytarł ręce w spodnie, zostawiając na nich krwawe smugi i skierował wzrok w moją stronę. W jego oczach dało się wypatrzeć jedynie pustkę, jednak nie było mi dane przyglądać się im zbyt długo. Wyciągnąwszy z kieszeni mały ostry przedmiot zbliżył go do mojej klatki piersiowej. Ostrze błysnęło w blasku księżyca. Z przerażeniem stwierdziłam że był to nóż myśliwski. Chwycił pewniej rękojeść, po czym zręcznie wbił go w moje serce i przekręcił rozrywając znajdujące się w pobliżu mięśnie i płuca. Ból wypełnił całe moje ciało, zaczynając od serca aż do opuszków palców. Zaszumiało mi w uszach i opadłam ciężko na ziemię. Kevin wyjął nóż z mojego ciała, wytarł ostrze w rękaw koszuli którą miał na sobie, niszcząc ją jeszcze bardziej i spojrzał na mnie niewidzącym wzrokiem. Jego oczy były takie zimne. Zapragnęłam krzyczeć, z bólu, strachu i bezsilności, ale powietrze uchodziło ze mnie w zastraszającym tempie. Krew stopniowo ze mnie uciekała, zostawiając puste, stygnące ciało, bez śladu ducha. Nie przypuszczałam że umrę leżąc na jakiejś zapomnianej ścieżce w leśnej puszczy, w kałuży własnej krwi. Czułam jak z każdą kroplą wydostającą się na zewnątrz uchodzi ze mnie życie, stawałam się jakby lżejsza. Dążąc do stanu kompletnej nieważkości, w którym będę mogła odlecieć. Po chwili moje ciało ogarnęło kojące uczucie ciepła, a ja poczułam że za chwilę będę mogła wzbić się w powietrze i uciec, do miejsca w którym nic nie będzie się już mnie liczyło.
Usłyszałam, czyiś przytłumiony głos. Dźwięk wydawał się być zniekształcony, zupełnie jakbym znajdowała się pod wodą i ktoś wołał mnie z lądu. Słowa przenikałyprzez gęstą mgłę która spowijała przestrzeń dookoła.
Moje imię.
Opierając się wrażeniu że ktoś mnie woła, czułam jak odpływam, lewituję gdzieś w otchłani, zawieszona między złudzeniem a rzeczywistością.
Jednak po chwili czyjś gorączkowe wołanie wyrwało mnie z przepaści sennego koszmaru.

Zachłysnęłam się powietrzem i ocknęłam, bijąc pięściami powietrze dookoła mnie. Jednak moja ręka trafiła na coś ciepłego i twardego. Otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. Zobaczyłam twarz Kevina który trzymał mnie w ramionach i wpatrywał się we mnie zaskoczony, swoimi – dzięki Bogu, na powrót pełnymi ciepła orzechowymi oczami. Kołdra leżała poskręcana w nogach łóżka. A ja próbując złapać oddech, cała mokra, od potu patrzyłam na Kevina całkiem zdezorientowana. Na wspomnienie tamtego koszmaru i jego zimnych przenikliwych oczu zapragnęłam mu się wyrwać i z całej siły odepchnęłam go od siebie.
- Spokojnie, to był tylko zły sen - powiedział przytulając mnie – nic ci nie grozi – szepnął a ja objęłam go rękoma, mimo wciąż powracającego wspomnienia jego pustego wzroku. Zapragnęłam wtulić się w niego i nie pozwolić mu odejść.
Już sama nie wiedziałam co czuję, albo raczej co powinnam czuć. Ale jedno było pewne, jego obecność działała na mnie uspokajająco. Poczucie bezpieczeństwa którego doświadczałam za każdym razem kiedy był w pobliżu, sprawiało że desperacko pragnęłam jego bliskości.
W jednej chwili przypomniałam sobie gdzie się znajduję oraz powód dla którego tu jestem. Mimowolnie zadrżałam na wspomnienie wczorajszego wieczoru i tego co omal mnie nie spotkało. Kevin chyba to wyczuł bo otoczył mnie szczelniej ramionami.
- Zimno ci? - zapytał z wyraźnie zatroskaną miną.
Pokręciłam głową w zaprzeczającym geście nie będąc w stanie wydusić z siebie ani słowa.
Chwilę tak posiedzieliśmy w kompletnej ciszy, przerywanej jedynie, odgłosem bicia naszych serc. Jego biło powoli i miarowo, natomiast moje łomotało jakby próbowało wyrwać się z piersi. W pewnym momencie Kevin wstał i zaczął kierować się w stronę drzwi.
- Poczekaj – zawołałam zanim zdążył przekroczyć próg – może mógłbyś...
- Mam z tobą zostać? - zapytał widząc moje zmieszanie. Kiwnęłam głową i z powrotem opadłam na poduszki, zażenowana swoim brakiem odwagi.
On jakby się nad czymś zastanowił, ale już po chwili wśliznął się pod kołdrę obok mnie. Przysunęłam się bliżej niego, na co on objął mnie ramieniem pozwalając mi się w niego wtulić. Po kilku minutach poczułam że odpływam, wsłuchana w szybki ale miarowy rytm bicia jego serca.


Następnego dnia obudził mnie chłodny powiew wiosennego wiatru. Zadrżałam z zimna i szczelniej opatuliłam się kołdrą wdychając jej przenikliwy, cytrusowy zapach. Poleżałam tak jeszcze chwilę rozkoszując się ostatkami snu z którego wyrywały mnie promienie słońca wpadające przez otwarte okno. Ten sen nie był straszny, jak tamten który przyśnił mi się wczorajszego wieczoru. Sama obecność Kevina zdawała się odpędzać koszmary. Był jak lek na uspokojenie, tylko jego chyba nie dało się przedawkować.
Zamrugałam kilka razy aż obraz w mojej głowie wyostrzył się i byłam w stanie zobaczyć cyfry na wyświetlaczu elektrycznego budzika. Dochodziła 11. Dopiero gdy otrząsnęłam się z letargu dotarło do mnie że powinnam już dawno wstać, a mama pewnie już dzwoniła do mnie z 800 razy. I pewnie dzwoniła też do Eve.
Miałam tylko cichą nadzieję że przyjaciółka przez przypadek mnie nie wyda.
Niewiele myśląc, czym prędzej zerwałam się z miejsca, żeby zaraz potem uświadomić sobie że strona po której spał Kevin jest zaścielona, a łóżko puste.
Omiotłam pokój wzrokiem w poszukiwaniu czegoś do ubrania, ale zaraz potem przypomniałam sobie że mój sweter i spodnie nadają się już tylko do wyrzucenia. Kiedy weszłam do łazienki uradowana znalazłam tam podkoszulek, stanik i czarne rajstopy które miałam na sobie poprzedniego dnia. Reszta już niestety nie nadawał się do noszenia, może z wyjątkiem kurtki i znoszonych trampek które powinny czekać na mnie na korytarzu.
Gdy tylko zakończyłam wykonywanie porannych czynności toaletowych, postanowiłam poszukać Kevina. Weszłam w tym celu do kuchni, gdzie znalazłam jedynie karteczkę z informacją że jest za domem i żebym odgrzała sobie na śniadanie naleśniki.
Około 10 minut później, po skończonym posiłku, wyszłam na zewnątrz. Prawie natychmiast uderzył we mnie chłodny wiosenny wietrzyk, owiewając twarz i rozrzucając włosy we wszystkich kierunkach. Rozejrzawszy się dookoła stwierdziłam że okolica wygląda dużo mniej strasznie niż wczorajszego wieczoru. Do stropu ganku przytwierdzona była duża drewniana huśtawka. Przykryta grubym pledem w odcieniach wyblakłego błękitu i cichutko pobrzękiwała na wietrze metalowymi łańcuchami. Dookoła rozciągała się duża polana, otoczona wysokimi iglastymi drzewami.
Było pięknie a za razem obco. Las wzbudzał we mnie niepokój a na samą myśl że miałabym tam wejść po zmroku napawała mnie strachem i wywoływała dreszcze, które bynajmniej nie należały do przyjemnych.
Na skraju polany, nieopodal niewielkiego jeziora mieściła się duża rozlatująca się szopa, która ze względu na swoje rozmiary musiała pełnić również funkcję garażu. Przed prowizorycznym budynkiem stał Jeep Wrangler należący do Kevina, który właśnie nachylał się nad otwartą maską i dokręcał coś w samochodzie. Korzystając z tego że stał do mnie tyłem, zbliżyłam się kilkanaście metrów żeby móc lepiej mu się przyjrzeć i trochę go poobserwować.
Miał na sobie jedynie czarne adidasy, spodnie od dresu i biały podkoszulek. Zastanowiłam się przez chwilę czy nie jest mu zimno i odruchowo szczelniej zacisnęłam poły kurtki.
Z fascynacją obserwowałam grę mięśni na jego ramionach i plecach osłoniętych jedynie cienkim materiałem podkoszulka. Kiedy.
Nagle naszła mnie nieodparta ochota na to żeby ich dotknąć. Ciekawa jego reakcji, postanowiłam zakraść się do niego od tyłu i trochę go wystraszyć. Najciszej jak tylko potrafiłam, sunęłam przez polanę, ostrożnie stawiając kroki aby nie wywołać nawet najmniejszego dźwięku. Jednak on musiał wyczuć moje intencje bo kiedy byłam już wystarczająco blisko i wyciągnęłam ręce żeby chwycić go za ramiona, on nagle obrócił się twarzą do mnie, złapał mnie za nadgarstki i przekręcił tak że gdyby teraz mnie puścił niewątpliwie upadłabym na ziemię i potłukła sobie przysłowiowe cztery litery. Syknęłam z bólu, a on słysząc to odruchowo rozluźnił uścisk.
- Co ty robisz? - zapytał, przyglądając mi się badawczo, jakby nie rozumiejąc moich zamiarów.
- Ja tylko... - zająknęłam się niepewna jak wytłumaczyć swoje zachowanie.
Jak on to zrobił? To pytanie coraz bardziej mnie nurtowało. Przecież to prawie nie możliwe żeby mnie usłyszał, poruszałam się praktycznie bezszelestnie.
- Skąd wiedziałeś...? - to pytanie opuściło moje usta zanim zdążyłam pomyśleć czy aby na pewno powinno. Przecież to tak jakbym przyznawała się do winy!
Uniósł brew, udając że nie ma pojęcia o czym mówię i pomógł mi się wyprostować, jednak w dalszym ciągu nie wypuszczając mnie z objęć.
- Wiedziałeś że idę... - wybąkałam głupio, zanim zdążyłam zastanowić się nad sensem tych słów.
- Posłuchaj – powiedział i założył mi kosmyk włosów za ucho – Ja zawsze wszystko wiem. - uśmiechnął się łobuzersko, ale odniosłam wrażenie że mówi poważnie.
Postawił mnie stabilnie na ziemi, żeby za chwilę odwrócić się do samochodu i na powrót zanurzyć w plątaninie przewodów i rur otaczających silnik Jeep'a. Po chwili postawił na ziemi zniszczoną deskorolkę która dotychczas opierała się o bok auta i uprzednio kładąc się na deck'u, wsunął się pod samochód.
- Jeep się zepsuł? - zapytałam niby od niechcenia, żeby tylko skierować rozmowę na inny tor.
- Nie, tylko wymieniam gaźnik. – spod samochodu dobiegł mnie jego głos, na co zrobiłam tylko mądrą minę udając że wiem o co chodzi.
- Może ci jakoś pomóc? - zapytałam na co on wysunął się spod samochodu, przejechał po mnie spojrzeniem i przewiesił sobie brudną od smaru szmatę przez ramię.
- W sumie to przydałaby mi się twoja pomoc. - powiedział po chwilowym zastanowieniu - Wejdź do szopy. Widzisz tamte drzwi? - zapytał wskazując palcem ciemno zielone podrdzewiałe wejście w głąb szopy - Za nimi powinny znajdować się regały z narzędziami. Na jednym z nich leży czerwona skrzynka, a w niej klucze. Przynieś mi dwunastkę i siódemkę.
Pośpiesznie weszłam do szopy, w środku pachniało smarem i farbą. Ten zapach przywodził na myśl kilka wspomnień z mojego jakże krótkiego dzieciństwa. Zawsze kiedy tata wracał z misji do domu, pomagałam mu naprawiać i przerabiać starego forda mustanga. Stare samochody od zawsze go pasjonowały. Niektóre z nich nawet nazywał. Nasz mustang nosił imię Eleanor.
Nacisnęłam klamkę i popchnęłam drzwi, po kilku sekundach siłowania się, ustąpiły z głośnym skrzypnięciem. Kiedy weszłam do pomieszczenia, od razu zobaczyłam ściany pokryte drewnianymi półkami, które aż uginały się pod ciężarem wypchanych po brzegi skrzynek z narzędziami, w rozmaitych rozmiarach i kolorach. Posadzka wylana była betonem, który gdzie nie gdzie upstrzony był tłustymi plamami benzyny lub farby. Jedynym źródłem światła, było malutkie okienko znajdujące się po lewej stronie. Z pustych fragmentów ścian odchodziła oliwkowo zielona farba. Szopa ewidentnie wymagała remontu.
Moją uwagę przykuły metalowe drzwi. Były wykonane z nowej błyszczącej stali, w idealnym stanie co znacznie odróżniało je od reszty pomieszczenia. Podeszłam bliżej. Ktoś postawił przy nich regał, tak aby blokował ich otwarcie, ale gdybym tylko dała rady przesunąć go kilka centymetrów, bez problemu zdołałabym je otworzyć.
Nie bądź ciekawska.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu i zatrzymałam wzrok na czerwonej metalowej skrzynce o której mówił Kevin.
Powinnam już wracać, on zaraz się zorientuje że coś długo mnie nie ma.
Chwilę jeszcze walczyłam ze sobą, po czym z całej siły naparłam na boczną ścianę regału. Ani drgnął.
Oddaliłam się na krok i z rozpędu popchnęłam rękoma ciężki mebel, zaraz poczułam jak odsuwa się ode mnie na kilka centymetrów. Został jeszcze tylko kawałek. Cofnęłam się kilka metrów i z całej siły przywaliłam nogą w regał, który z głośnym łoskotem odsunął się na wymaganą odległość. Ze stojących na nim skrzynek wypadło kilka śrubokrętów i potoczyło się po betonowej podłodze.
Przekręciłam utkwiony w zamku klucz i popchnęłam drzwi, które ustąpiły, z cichutkim jękiem.
Było ciemno. Po chwili odszukałam ręką na ścianie włącznik światła. Żarówka zawieszona pod sufitem rozbłysła słabym żółtym światłem ukazując pomieszczenie w pełnej okazałości. Na środku średnich rozmiarów pomieszczenia, stał duży metalowy stół na którym leżały jakieś metalowe części, rozebrana lufa pistoletu i szara bawełniana szmatka. Na ścianach zawieszone były gablotki i szafki, w kilku z nich znajdowały się różne rodzaje nowoczesnej broni palnej. Rozpoznałam shotgun'a, berettę i AK-47 ale było ich o wiele więcej. W rogu pod ścianą stało kilka stojaków na karabiny snajperskie.
Zszokowana weszłam w głąb pomieszczenia. Przełknęłam głośno ślinę i roztrzęsionymi rękoma dotknęłam szyby jednej z gablotek.
Po co mu to wszystko?
Przecież to wygląda jak jakaś cholerna piwnica seryjnego mordercy.
Na miękkich nogach zaczęłam cofać się tyłem, z powrotem w stronę drzwi. Zrobiło mi się przeraźliwie zimno. Zastanawiałam się co powinnam zrobić, wrócić do niego i udawać że nic nie zobaczyłam czy po prostu zacząć uciekać.
Z zastanowienia wyrwał mnie czyjś ciepły oddech na moim karku. Już miałam się odwrócić kiedy usłyszałam, ciche:
- Nie powinno cię tu być...
A potem tylko trzask zamykanych drzwi.
______________________________________
Tak wiem jestem okropna że nie wstawiałam nic przez prawie 2 miesiące. Bardzo was za to przepraszam ale natłok obowiązków mi to uniemożliwił. Dziękuję za 4600 wyświetleń i kazdy komentarz, to bardzo budujące. Postaram się wstawić następny rozdział w ciągu 2 - 3 tygodni. Zachęcam do dalszego komentowania i zapraszam was do zakładki Bohaterowie.
WAŻNE: Byłabym wam wdzięczna gdybyście pomogli mi wymyślić tytuł dla tego opowiadania, bo Promise nie za bardzo mi odpowiada.
NASTĘPNY ROZDZIAŁ UKAŻE SIĘ GDY BĘDZIE MINIMUM 7 KOMENTARZY POD TYM POSTEM ^^

niedziela, 8 grudnia 2013

Promise, Rozdział 2

Nacisnęłam dzwonek po raz kolejny, bo w dalszym ciągu nikt nie otwierał. Mama pewnie jest w pracy i wróci wieczorem, ale Michael na pewno siedział w domu. Naciskałam dzwonek tak długo aż nie usłyszałam odgłosu kroków na schodach i krzyku Michaela 'No chwila, przecież już idę'. Po paru sekundach drzwi się otworzyły a zza nich wychyliła się znudzona twarz Michaela.
- A ty tu czego? - zapytał żartobliwie.
- Jak byś raczył zauważyć kochany braciszku, ja też tu mieszkam. - odparłam ze sztucznym uśmiechem, wpychając się między niego a drzwi.
- Skoro tu mieszkasz to może łaskawie wzięłabyś klucze i sama sobie otworzyła ?
- Skoro masz 19 lat to może łaskawie wziąłbyś się za jakąś robotę i wyprowadził ? - zapytałam złośliwie.
- Nie bądź taka mądra bo następnym razem cię nie wpuszczę i będziesz spać na wycieraczce.
- Też cię kocham braciszku. - zakończyłam sztucznie się uśmiechając, na co mój brat prychnął odwracając się na pięcie i odszedł z założonymi rękami. Wyglądał teraz jak obrażony przedszkolak, któremu ktoś zabrał ulubione klocki.
Zdjęłam buty i kurtkę, po czym przeszłam przez salon i weszłam do kuchni. Od tego całego zamieszania zrobiłam się strasznie głodna. Otworzyłam lodówkę, z nadzieją że znajdę tam coś nadającego się do zjedzenia.
No tak, mama znowu zapomniała zrobić zakupy. Postanowiłam że zrobię je sama, ale później, teraz byłam zbyt głodna. Otworzyłam zamrażarkę w poszukiwaniu frytek. Wyciągnełąm paczkę i nagrzałam piekarnik.
- Michael. Zrobić ci frytki ?! - zapytałam.
Cisza. Pewnie znowu gra.
Nalałam sobie szklankę soku porzeczkowego i wdrapałam się po schodach na górę.  Drzwi od mojego pokoju były uchylone. Dziwne, mogłabym przysiąc że zamykałam je na zamek, kiedy wychodziłam do szkoły.
Poczułam niepokój. Odruchowo dotknęłam opuszkami palców obojczyków żeby upewnić się że klucz jest na właściwym miejscu. Wisiał na srebrnym łańcuszku, bezpiecznie ukryty pod poplamionym swetrem, lekko ocierając się o mój mostek. Był bardzo rozgrzany od temperatury mojego ciała kiedy dotknęłam go zimnymi palcami. Popchnęłam niepewnie czarne, dębowe drzwi. Zawiasy jęknęły głośno, a drzwi z hukiem runęły na podłogę, odrywając się od futryny. Rygiel był wysunięty, co upewniło mnie w przekonaniu że zamknęłam je za sobą. Teraz byłam już wściekła, na podsumowanie tego i tak już beznadziejnego dnia, ktoś musiał jeszcze zdemolować mi wejście do pokoju.
- Michael! Chodź tu! - krzyczałam - Mógłbyś mi do jasnej cholery wyjaśnić, co tu się stało ?
Zero reakcji.
Weszłam, a raczej wtargnęłam do jego pokoju. Siedział w fotelu przed telewizorem, z słuchawkami na uszach i padem w ręce i grał. Szybkim ruchem ściągnęłam mu słuchawki i opanowując złość resztkami sił, zapytałam:
- Co zrobiłeś z moimi drzwiami ?
- Nic, a co miałem zrobić ? - powiedział spokojnie, nie odrywając wzroku od ekranu i nie przestając walić w przyciski na padzie, chudymi palcami.
Całkowicie wyprowadzona z równowagi, wyrwałam mu pada z rąk, naciskając przy tym kilka przycisków i odrzuciłam go w kąt pokoju.
- Ej! - odwrócił w moją stronę zdezorientowane spojrzenie - Zmarnowałaś mi całą manę!
- Mam gdzieś twoją manę. Lepiej, wstań i wytłumacz mi co zrobiłeś z drzwiami.
Wstał, spoglądając na mnie z niechęcią. Wyszliśmy z jego pokoju i stanąliśmy przy wejściu do mojego pokoju, koło leżących na podłodze drzwi.
- No więc ? - zapytałam nie kryjąc wyrzutów. - Co się stało ? - milczenie. Zawiesił na futrynie swój zdezorientowany wzrok i podrapał się po głowie. - Zostawiłeś w moim pokoju jakąś grę i wkurzony że drzwi są zamknięte, postanowiłeś wjechać w nie czołgiem ?
- Przecież zamykasz drzwi na klucz, więc niby jak miałbym się tam dostać. - powiedział poważnie.
Wtedy poczułam zapach spalenizny i naszło mnie nieodparte wrażenie że o czymś zapomniałam.
- Cholera, moje frytki ! - wrzasnęłam i puściłam się biegiem po schodach, przeskakując co dwa stopnie.
Doskoczyłam do piekarnika, wyłączyłam go i otworzyłam drzwiczki. Ze środka wydostały się gęste kłęby szarego dymu. Podbiegłam do okna i otworzyłam je oścież. W twarz uderzył mnie zimny podmuch świeżego powietrza. Podeszłam niepewnie do otwartego, dymiącego piekarnika, w celu skontrolowania stanu frytek. Niektóre były trochę zwęglone, ale reszta wyglądała jadalnie, jedna nawet się zapaliła.
Wyciągnęłam w miarę dobrze wyglądające frytki, a resztę wyrzuciłam. Spojrzałam nieufnie na talerz z 'dobrymi' frytkami i uznałam że jak dodam dużo ketchupu to będą w sam raz. Potem weszłam z frytkami na górę i skierowałam się do pokoju Michaela, gdzie usiadłam na kanapie żeby go wypytać.
- Więc powiesz mi w końcu co stało się z drzwiami czy będę musiała posunąć się do szantażu ? - zapytałam.
Cisza przerywana jedynie rytmicznym bębnieniem w przyciski na padzie.
- Frytkę ? - zapytałam.
- Nie dotykałem twoich drzwi. - powiedział przybierając poważny ton, jednak nie odrywając wzroku od ekranu. Dziwne, byłam prawie pewna że mówi prawdę.
- Wierzę ci, taki nerd jak ty nie byłby w stanie rozwalić tak mocnych drzwi. - tak naprawdę gyby bardzo chciał to dałby radę, Michael był chudy ale naprawdę silny.
- Ejj. Nie jestem nerdem, tylko bardzo utalentowanym graczem.
- Idę do siebie. Posprzątaj tu, mama zaraz wróci. - powiedziałam i wyszłam, zabierając ze sobą przypalone frytki.
 Następnego dnia obudziło mnie światło, rześkiego zimowego poranka, wpadające przez moje okno i przebijające się przez jedwabne zasłony. Promienie słońca, nieśmiało przebiegły mi po twarzy zostawiając w moich oczach kolorowe plamki. Przetarłam zaspane oczy i spojrzałam leniwie na podświetlony wyświetlacz komórki, leżącej na szafce nocnej. Była 8:15.
 Zerwałam się z łóżka. Już i tak miałam duże problemy przez wagarowanie. Nie powinnam się więcej spóźniać, ale ostatecznie uznałam że nie warto teraz pędzić na złamanie karku skoro mogę pójść na drugą lekcję. Poszłam do łazienki żeby się umyć, pomalować i uczesać. Kiedy wróciłam naciągnęłam na siebie jeansy, koszulkę z krótkim rękawem i bluzę. Podeszłam do okna od ulicy i to co zobaczyłam bardzo mnie zaskoczyło. Na podjeździe stał granatowy Jeep Wrangler. O drzwi od strony pasażera opierał się Kevin... i patrzył prosto na mnie.
Chwyciłam torbę, zbiegłam na dół, ubrałam kurtkę i wyszłam. Kiedy zbiegłam z ganku, dalej tam był. Opierał się nonszalancko o samochód, miał na sobie biały T-shirt, szarą, rozpiętą koszulę w kratę z wywiniętymi mankietami i ciemne jeansy. Na jego ustach gościł łobuzerski uśmiech, z którym było mu do twarzy. Dopiero teraz zauważyłam że jest bardzo przystojny. Miał karmelową cerę i ciemne włosy, zmierzwione w seksownym nieładzie.
- Co tu robisz ? - zapytałam głupio.
- W moich stronach na przywitanie mówi sie '' Cześć''. - powiedział nie przestając się uśmiechać. - Zostawiłaś wczoraj klucze w moim samochodzie. Pomyślałem że skoro wiem gdzie mieszkasz to przyjadę tutaj i ci je oddam. - wyciągnął rękę z pękiem kluczy w moją stronę.
- Dzięki. - powiedziałam i wyjęłam klucze z jego ręki, po czym zadałam mu, długo nurtujące mnie pytanie. - Powiedz mi, ty nie zamarzasz w tej koszuli ?
- Nie - powiedział i zaśmiał się pod nosem. - Chodź, odwiozę cię do szkoły, bo jeszcze się spóźnisz.
- To nie ma znaczenia i tak jestem spóźniona.
- Ale chyba nie chcesz spóźnić się na drugą lekcję ? - zapytał.
- Nie musisz mnie zawozić. - odparłam lekko się wachając.
Cyba to wyczuł, bo podszedł blisko i nachylił się nade mną, tak że czułam jego zapach. Pachniał ziemią i szamponem o mocnym grejpfrutowym zapachu. Bardzo energetycznie. Spojrzałam mu głęboko w oczy, były duże, okalane gęstymi czarnymi rzęsami, miały ciepły orzechowy odcień.
Musieliśmy zabawnie wyglądać, w końcu był ode mnie wyższy o ponad głowę.
- Ale chcę. - szepnął, pochylając się nademną.
_______________________________
Ten rozdział pozostał niezmieniony ale usunęłam trzy następne i zamierzam poprowadzić tą historię w zupełnie inną stronę, wydaje mi się że do tego momentu nie jest źle. Prosiłabym o szczere opinie w komentarzach, chciałabym wiedzieć co mogę zmienić na lepsze :)


Promise, Rozdział 1

Wyszłam szybkim krokiem z obdrapanego budynku szkoły. Kopnęłam bramę wejściową, która otworzyła się, sygnalizując to głośnym skrzypnięciem i uderzyła z hukiem o mur, z którego odpadły kawałki szarego tynku. Dookoła padał śnieg. Białe płatki wirowały w powietrzu jak roztańczone baletnice, znoszone w dal silnymi podmuchami wiatru, aby swoją wędrówkę zakończyć na skutej lodem ziemi. Krajobraz był piękny, ale nie zwróciłam na to specjalnej uwagi. Byłam zbyt zajęta ogarniającą mnie wściekłością i mimo panującej wokół temperatury, nie miałam zamiaru zajmować się tak przyziemnymi rzeczami jak zapinanie kurtki. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu i przebrać się w coś co nie śmierdziało kawą.
 Marcie znowu ośmieszyła mnie przed wszystkimi. Każdy tylko śmiał się lub spoglądał na mnie z litością i zażenowaniem. Stłumiony gniew zmieszany ze smutkiem zapłonął we mnie na nowo, na wspomnienie tej chwili.
Była przerwa. Stałam w kolejce do automatu z gorącymi napojami, miałam bardzo zły humor i chciałam kupić sobie gorącą czekoladę. Przede mną Marcie nachylała się nad dystrybutorem żeby zabrać swoją kawę. Jej spodenki były tak krótkie że spod nogawek ( albo raczej dziur na nogi), wystawały jej wysmarowane samoopalaczem pośladki. Zastanowiłam się przez chwilę czy czasem nie jest jej zimno ale po chwili jakoś przestało mnie to interesować. Chwyciła kubek z kawą i odwróciła się w moją stronę z drwiącym uśmieszkiem. Wydęła wargi w dzióbek i ruszyła przed siebie, oblewając mnie przy okazji gorącym napojem. Na moim swetrze rozkwitła wielka brązowa plama, ślad po gorącej kawie. Spojrzałam na nią i warknęłam:
- Może byś trochę uważała ?!
Ona tylko zmierzyła mnie wzrokiem z rozbawieniem, po czym złapała się teatralnie za głowę, przeczesując gęste, blond włosy.
- Oj. Ale ze mnie niezdara. - wykrzywiła usta w złośliwym uśmiechu - Przynajmniej ten sweter wygląda teraz o wiele lepiej. - powiedziała mierząc mnie od góry do dołu i roześmiała się odchodząc.
 Rozejrzałam się po korytarzu i uświadomiłam sobie że reszta przygląda mi się, szepcąc coś do siebie z rozbawieniem. Po korytarzach rozległ się echem dźwięk dzwonka. Wszyscy zaczęli zbierać się koło klas, a ja ruszyłam do szafki po swoje rzeczy.
 
 Ta. I to by było na tyle. Szłam teraz chodnikiem w stronę skrzyżowania. Boże jak ja jej nienawidzę, tak było zawsze, właściwie nigdy się nie lubiłyśmy. I nie polubimy. Rywalizujemy ze sobą od przedszkola. Ale bez przesady, żeby oblewać kogoś kawą, trochę klasy no błagam.
 Z zamyślenia wyrwał mnie pisk opon, dobiegający z mojej lewej strony. Zdążyłam zobaczyć tylko maskę granatowego Jeep'a Wrangler'a . Chwilę później poczułam mocne uderzenie w bok i straciłam równowagę. Zachwiałam się po czym impet uderzenia zwalił mnie z nóg. Leżałam przed samochodem, strasznie bolało mnie biodro, zapewne to na nie upadłam lądując na asfalcie. Moja torba leżała obok. Wysypało się z niej parę książek i długopisów. Pomiędzy mną a maską samochodu, na asfalcie leżał mój odtwarzacz MP3, był w opłakanym stanie. Spojrzałam smutno na roztrzaskane urządzenie i wezbrała we mnie wściekłość, którą nagle zapragnęłam wyładować na sprawcy. Wstałam, uzupełniłam torbę rzeczami leżącymi na asfalcie i zwyczajnie zaczęłam drzeć się na kierowce.
- Kto ci dał prawo jazdy, idioto ?
Z samochodu wysiadł wysoki brunet, w flanelowej koszuli w granatowo-czarną kratę. Wyglądał na góra 19 lat.
- Oszalałaś ?! Masz jakieś skłonności samobójcze, że pchasz się pod rozpędzone samochody ?
- Ślepy jesteś ? Byłam na przejściu dla pieszych!
- To nie upoważnia cię do włażenia mi pod koła!
- Przekroczyłeś prędkość. - argumentowałam rozpaczliwie.
Rozejrzał się dookoła zrezygnowany i zaczął grzebać w kieszeniach spodni.
- Masz. -  powiedział, wyciągając do mnie rękę, w której trzymał 20 dolarów. - Tylko nie dzwoń po policję bo mam już 22 punkty karne.
- Nie chcę twoich pieniędzy, wykup sobie za nie parę godzin kursu, żebyś nikogo nie rozjechał. 
Roześmiał się nerwowo i powiedział:
- Zazwyczaj aż tak źle nie jeżdżę.
- Ale patrząc na ilość twoich punktów karnych zdarza ci się.
Podszedł do mnie i wyciągnął rękę w moją stronę.
- Tak w ogóle to jestem Kevin.
Popatrzyłam na niego zdziwiona i podałam mu rękę, mówiąc:
- Rebecca, powiedziałabym że miło cię poznać, ale to nie prawda. - powiedziałam uszczypliwie, na co on tylko uśmiechnął się łobuzersko.
- Serio nie chciałem cię zabić, samo tak jakoś wyszło.
Roześmiałam się.
- Może cię podwiozę ? Bo widząc zapał z jakim wskoczyłaś mi pod samochód, musiałaś sie gdzieś śpieszyć.
- Jakoś nie mam zwyczaju wsiadać do samochodu z obcymi facetami którzy przed chwilą omal mnie nie rozjechali.
Podszedł do drzwi od strony pasażera, otworzył je i machnął do mnie ręką w zapraszającym geście, mówiąc:
- Jestem ci to winien.
Przyjrzałam mu się. Nie wyglądał na psychopatę, w sumie był całkiem przystojny. Zagryzłam wargi z rozbawieniem i niepewnie wsiadłam do samochodu.
- Dzięki. - powiedziałam tylko. Dalszą drogę jechaliśmy w prawie całkowitej ciszy przerywanej tylko moimi krótkimi uwagami, w którą stronę ma jechać i o dziwo, wcale nie było niezręcznie. Po około pięciu minutach byliśmy na miejscu. Zatrzymał Jeep'a nie gasząc silnika.


 Pożegnałam się, po czym wysiadłam z samochodu i skierowałam się w stronę drzwi. Zaczęłam grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu kluczy, ale dziwnym trafem ich nie znalazłam. Pomyślałam że zapewne są na dnie torby. Nacisnęłam dzwonek i odwróciłam się w stronę ulicy. Jeep'a już nie było.
_________________________________
W końcu uporałam się z pierwszym rozdziałem, jest trochę przerobiony, bo uznałam że w pierwotnej wersji jest zbyt dużo bohaterów, przez co panuje zam
ęt. Wydaje mi się że lepiej jest tak jak jest teraz. Mam nadzieję że zapowiada się dobrze.